Trek w Khumbu, jesień 1993

Napisał nieformalnie Jacek A. Jankowski. Ocenzurowała B.

Właściwie to latem lub jesienią 1993 wybieraliśmy się gdzie indziej, marzyło nam się jakieś Dolpo... Ponieważ potencjalni kandydaci na stworzenie jakiejś mniej lub bardziej silnej grupy na szturmowanie himalajskiej dziczy powysiadywali w przedbiegach, a samemu we dwójkę wprawdzie niekrępująco, ale tak jakoś straszno, wybraliśmy coś bardziej spokojniejszego, tzn. już od dawna ustandardowiony trek pod Everest. Trek ten jest tak doskonale znany i opisany w setkach przewodników, a teren okartowany do tego stopnia perfekcyjnie, że nie będziemy się wygłupiać i silić na krajoznawczo-turystyczne opisy typu "odkryjmy Amerykę jeszcze raz", tylko zajmiemy się czymś konkretnym, tzn. za przeproszeniem Szanownego Towarzystwa pierdołami i zbędnymi imponderabiliami.

Część pierwsza. KATHMANDU

Kathmandu, I'll soon be seeing you
And your strange, bewildering time
will keep me home
(Cat Stevens, "Kathmandu")

Do Katmandówka polecieliśmy sobie dwunastego października 1993 przez Dhakę lotem numer 002 Bimanu, tj. Bangladeskich Linii Lotniczych. Bilety dostaliśmy do ręki na dwa dni przed startem. Znawcy twierdzą, że Biman wystawia bilety tylko wtedy, gdy liczba pasażerów jest wystarczająca na pokrycie kosztów lotu i gdy samolot przejdzie bengalską kontrolę techniczną. Tuż po wkroczeniu na pokład samolotu na lotnisku we Frankfurcie zrobiło się nam tak jakoś swojsko. Mam tu na myśli nie tylko ten doskonale nam znany a wszechobecny na pokładzie zapach curry, ale też totalny burdel przy zajmowaniu miejsc, z bezradnie rozkładającymi brunatne rączęta stewardessami w sari: "take any vacancy, please". A wszędzie kłębi się bujne życie familijne w stylu indyjsko-muzułmańskim. Nad tym wszystkim na dodatek unosi się z głośników kojąca nerwy tradycyjna bengalska muzyka ludowa przerobiona na jakieś hawajsko brzmiące instrumenta elektryczne, którą puszczano nam potem przy każdym lądowaniu i starcie. Również przy locie powrotnym.

Wracaliśmy bowiem lotem o dumnym numerze 001 z lądowaniem i noclegiem w prześlicznej zapewnie Dhace. Miasta nie udało nam się zwiedzić, bo w jedną stronę przetrzymano nas na lotnisku w niesamowitej, późnomonsunowej ulewie, a w drugą stronę było już za ciemno. A szkoda, bo Dhaka to podobno symbol trzeciego świata. Z góry przewidziany i w cenie biletu ujęty nocleg spędziliśmy w jakimś hotelu w nieokreślonej, położonej daleko od lotniska części miasta. Było mydło i papier toaletowy, Bangladeshi TV, na kolację ryż z kośćmi jakichś drobnych miejscowych zwierzątek, wyjąca klimatyzacja i dwie jaszczurki. Do hotelu zostaliśmy odstawieni, po odebraniu nam paszportów, przez policję albo jakieś tam inne mundurowe wojsko, z odprowadzeniem do drzwi pokoju włącznie. Bladym przedświtem, po przejeździe malowniczo rozpadającym się autobusikiem, mogliśmy sobie wygrzebać nasze papiery z kolorowej sterty paszportów zalegającej bezładnie na ladzie w lotniskowej poczekalni: "B., jaki chcesz paszport, duński, australijski czy brytyjski? O popatrz, te szwajcarskie wyglądają sympatycznie..." W drodze powrotnej lądowaliśmy sobie jeszcze parę razy w różnych miejscach, całe szczęście, że przy akompaniamencie znanej nam już ukajającej nerwy brzdękliwości hawajsko-bengalskiej i z możliwością przyglądania się reakcjom następnych delikwentów na rozkoszne "any vacancy, please"... Biman sprawił, że nasze stoickie podejście do rozkoszy podróżowania utrwaliło się na długie miesiące.

Katmandówek na pierwszy rzut oka wygląda tak samo, jak przed paru laty. Dopiero spacer pozwala stwierdzić, co się pozmieniało. Obrzydliwe ilości japońskich motocykli pozastępowały rowery, a jeśli chodzi o samochody, to zrobiło się ich już jakby zdecydowanie za dużo. Tłok pojazdów zrobił się nieznośny. W niektórych wąskich uliczkach ta cała masa pojazdów produkuje niesamowite natężenie spalin, które w połączeniu z wszędobylskim kurzem i tradycyjną poranną mgłą listopadową tworzą mieszankę, którą da się zatrzymać przed płucami jedynie maseczką z filtrem. Do nabycia w każdej aptece - co drugi z jeszcze niedobitych, ale ledwo co dychających rowerzystów jest w nią wyposażony. Całe szczęście, że miejscowy lud dostrzega już problem i ostatnio żądał na manifestacjach zakazu używania dwusuwowych riksz produkcji indyjskiej, które zostały zaprojektowane chyba specjalnie tylko w celu produkcji maksymalnej ilości spalin. Więcej spalin, mniej turystów... Niestety związki riksiarzy są za silne, a riksze zbyt praktyczne w zatłoczonych zaułkach. I pomyśleć, że to wszystko dzieje się w dolinie, która jeszcze w sześćdziesiątych latach była drogowo odcięta od świata!

Nie tylko powietrze straciło na himalajskiej świeżości. Obydwie rzeki płynące przez miasto, Bagmati i przede wszystkim Vishnumati, to skondensowane ścieki. Do czysto komunalnych smrodów, doskonale wyczuwalnych na mostach (aż trochę w oczy szczypie) dochodzą ścieki z wytwórni dywanów. Przemysł produkcji dywanów to prawdziwy rak nepalskiej ekonomii. Swoiste państwo w państwie, rządzące się swoimi własnymi, mafijnymi metodami. Dywany, mimo oficjalnego zakazu zatrudniania dzieci, są wytwarzane drobnymi, dziecięcymi rączkami w najbardziej zaplutych zaułkach miast, lub za trudnymi do przeniknięcia murami "carpet factories". Chemikalia pochodzące z płukania wełny i farbowania lądują w wodach powierzchniowych najbardziej żyznej doliny Nepalu. Rząd, aby przeciwdziałać sytuacji, wprowadził wysokie ceny minimalne na dywany, w celu wyeliminowania tendencji do zatrudniania najsłabszych ekonomicznie części społeczeństwa i zdobycia środków na ochronę środowiska. Bezskutecznie - nabywcy, głownie z Bliskiego Wschodu, płacą oficjalne ceny transferem bankowym, żeby potem odebrać część ceny pod stołem, w gotówce. Stąd trudno się dziwić, że intensywny czarny rynek walutowy kwitnie niekoniecznie w kręgach szmuglersko-narkotycznych, ale właśnie w rejonach sklepików z dywanami. Macki sięgają daleko - ostatnio wyszło na jaw, że duża część niemieckiej pomocy ekonomicznej została skanalizowana "w celu wspierania najbardziej prężnie rozwijającej się branży przemysłu nepalskiego, posiadającej zapewnione rynki zbytu w krajach zachodnich". Na półkach domów towarowych cieszą oczy prześliczne dywany made in Nepal, o delikatnych, pastelowych kolorach i nienachalnych wzorach oraz o bardzo przystępnych cenach, stworzone w piekle dzieci.

A jeśli już zahaczyliśmy o politykę, to parę lat temu król łaskawie zezwolił na demokrację i zalegalizował partie polityczne. W efekcie co druga bardziej wystawiona na widok publiczny ściana jest pomalowana w różnokolorowe symbole partii politycznych - a to w słoneczka, a to w słonie, a to w swastyki... Wolno przemawiać publicznie oraz zwoływać demonstracje. W gazetach, przynajmniej tych anglojęzycznych, dużo krytyki rzeczywistego stanu rzeczy. Na ulicach coraz więcej młodych ludzi w T-shirtach, adidasach i dżinsach. Z okazji newarskiego nowego roku 1114 na głównym placu przed pałacem królewskim wystąpiła nepalska kapela rockowa. Starożytne ściany świątynne drgały w rytmie gitary basowej. Szukacie egzotyki? Starożytnych miast, tradycji, kulturalnej egzotycznej mieszaniny, zacofanych chłopów-rolników i mieszczan-kupców? Kupcie sobie albumy z fotografiami, ale koniecznie najpóźniej z lat sześćdziesiątych...

W hotelu w jednym z naszych transportowych worów zostawiamy depozyt do odbioru po treku. B. popełnia błąd, pozostawiając tam za dużo rzeczy z firmowymi nalepkami typu "Levis" albo "Lowe", których to nie udało nam się uzyskać z powrotem. Magia produktów zachodnich dotarła do Kathmandu... Gdzie ci obojętni chłopi, beznamiętnie popalający faję obok rozbebeszonego przed bhatti wora, pełnego zagranicznych dóbr? Zaczyna mnie ogarniać wrażenie, którego nie pozbyłem się ani na treku, ani w bocznych uliczkach Kathmandu, że egzotyka Nepalu przybladła, rozmieniła się na drobne, że wszystko zaczyna być jakoś tak standardowe, układne i obrzydliwie normalne. Cóż, cywilizacja zachodnia zwycięża i dominuje. Biedni Nepalczycy, sami nie wiedzą, w jakie tarapaty się pakują. Świat idzie do przodu - szkoda tylko, że akurat w tym kierunku.

Hoteli po 10$ i więcej za noc zrobiło się też jakby więcej, a cheapies gdzieś poznikały po kątach. Za to więcej barów zdecydowanie alkoholowych. Jeśli chodzi o gatunki piwa, to tradycyjne miejscowe rodzaje zanikły na korzyść Tuborga i San Miguela. Khukri Rum przetrwał. Natomiast Rum Doodle nie za bardzo. Dla niewtajemniczonych podam, że chodzi tu o knajpę, gdzie wszelkie mniej lub bardziej ambitne wyprawy himalajskie opijały zarówno swoje sukcesy jak i porażki. Wystrój w stylu spolegliwe poduchy pod starganymi wichrami płachtami namiotowymi. Jakieś foty, mapy, obrazy i setki podpisów mniej lub bardziej znanych górołazów na ścianach lub na kartonowych stópkach yeti służących za podstawki pod napoje. Serwowane drinki bardzo dobrze wchodziły nie tylko do głowy, ale też i do nóg, stąd swego czasu jakaś ekipa fachowców zainstalowała liny poręczowe na schodach. Istnieje już nowa inkarnacja baru! W końcu kraj hinduistyczno- buddyjski, tyle naprodukowanej dobrej karmy nie miało szans zaginąć, jeno się zgodnie z ideałami Boddhisatwów wrócić na ten padół, aby dalej serwować drinki prowadzące wprost do nirwany. Znajduje się w tym samym kawałku Thamelu, ale pachnie jeszcze świeżą farbą. Poza tym brak poręczówek, podobno dlatego, że lokal mieści się tylko na parterze. Zmniejsza to oczywiście zdecydowanie bezpieczeństwo spożywania, bo płaskość terenu nie ma tu nic do rzeczy.

Po stwierdzeniu tych wszystkich zmian stanęliśmy sobie w kolejce po permity. W Immigration Office nic się nie zmieniło - tłok tradycyjnie potworny. Większość wystawionych na pastwę biurokracji trzeciego świata frajerów czeka na pozwolenia na treki w łatwo dostępnym transportowo rejonie Annapurny, co wcale nie dziwi, bo w Nepalu trzeba chyba zacząć podrożować zdecydowanie szybciej... Tuż przed naszym przyjazdem przemnożono wszystkie biurokratyczne opłaty ot, tak sobie, dwa razy. W efekcie jednorazowa wiza na lotnisku kosztuje sobie już 40$ na miesiąc, każdy dzień przedłużenia 2$. Standardowy trekking kosztuje 5$ za tydzień przez pierwsze trzy tygodnie a potem po 10$ na tydzień, a taki w mniemaniu biurokratów niestandardowy, np. Dolpo albo Kanchenjunga, czy dookoła Manaslu, rzędu 20$ na tydzień. Pseudoatrakcje typu Mustang dochodzą do 100$ na dzień. Do tego dochodzą opłaty wstępu do parków narodowych - 650 Rs, tj. 13$. Permit nie przedłuża automatycznie wizy, tak więc po czterech tygodniach pobytu dzienne wydatki na biurokrację są w stanie przekroczyć koszty utrzymania na treku. Ha.

Podsumowując te biurokratyczno - finansowe wywody, 2 dni i miesiąc w Nepalu, w tym niepełne 4 tygodnie na treku, kosztuje 40+25+4+13=82$ na głowę, tzn. jakieś 2.5$ na dzień. Jest to kwota wystarczająca na całodzienne wyżywienie w górach przy cenach jak najbardziej turystycznych. W ogóle to trzeba się starać, żeby wydać więcej niż 5$ dziennie. Wydatki na wspomożenie biurokracji nepalskiej stanowią więc aktualnie całkiem poważną pozycję w trekowym budżecie! Trudno się potem było nam dziwić, gdy spotkaliśmy człowieka, który zrzekł się obywatelstwa szwajcarskiego na rzecz indyjskiego, bo Hindusi nie potrzebują permitów i mogą podróżować bez przeszkód po całym Nepalu, bezproblemowo założyć przedsiębiorstwo albo kupić dom...

W sumie pozostawiliśmy Kathmandu, ten niegdyś urzekający zakątek na skraju wielkich Himalajów, bez żalu i spoglądania za siebie. Miasto jest i pozostanie miastem. W góry. Wreszcie naprzód, wgłąb dolin, w stronę lodowców...

Część druga: DOLINY

Just like a white summer-cloud, in harmony with heaven and earth, freely floats in the blue sky from horizon to horizon, following the breath of the atmosphere - in the same way the pilgrim abandons himself to the breath of the greater life that wells up from the depths of his being and leads him beyond the farthest horizons to an aim which is already present within him, though yet hidden from his sight.

(Lama Anagarika Govinda, "The Way of the White Clouds")

16 października 1993 roku. (Jedziemy autobusem z Kathmandu do Jiri 1905m n.p.m., gdzie droga kołowa się kończy i należy dalej iść pieszo.) Po wydatkach na wizy i insze permity a glejty żelazne, koszt biletu (2$) wydaje się być niesamowicie niski. Oczywiście standard podróży odpowiada cenie. Usadawiamy się jakoś w zadzie autobusu, a nasze wory na dachu tratują i ugniatają stada miejscowych. B. z kolei ugniata zapaśne koło autobusu, a mnie z jednej strony podgryza jakaś koza, a z drugiej podmacza nieszczelna beczka kerosenu. Trwamy tak cały dzień z przerwami na naprawy zawieszenia. Za zakurzonymi oknami mija rolniczy krajobraz himalajskich pogórzy. Od piątej rano do dziesiątej wieczorem udało nam się pokonać dokładnie 188km. Jednym słowem: na prowincji bez zmian. Można się nałykać kurzu do upojenia.

Po drodze nawiązujemy znajomość z dwójką Czechów, jadących na dachu nie z fanaberii, ale z braku miejsca w środku. Dotarli do Nepalu z Pragi drogą lądową. Kropka. Dodajmy, że dużą część drogi autostopem. Opowiadania z Serbii, Kurdystanu i Iranu, przekraczania granicy, co ja mówię, linii przerwania ognia między Pakistanem a Indiami i autostopu w prowincjonalnych Indiach umilały nam mniej lub bardziej przymusowe postoje. Jak się znacznie później dowiedzieliśmy, chłopacy zrobili pieszo cały trek z Jiri do Kala Pattar i Gokyo przez Chola La i z powrotem do Jiri w trzy tygodnie. A potem w podobnym stylu, mimo kłopotów z wizami Pakistanu i Iranu dotarli z resztkowymi 5$ na łeb do Istanbułu, skąd dalej autostopem do domu. Wniosek: jak się idzie na Everest? Pakuje się plecak, wychodzi się na wylotową szosę w Pradze i wyciąga kciuk. Czeski film w praktyce.

17 października. (Wychodzimy rano z Jiri na grzbiet 2445 i w dół do doliny Khimti Khola we wsi Shivalaya 1767.) Moje prywatne, bzdurne w zerodowanym turystycznie terenie zamiłowania do tak zwanej niezależności na szlaku oraz ochota na przejścia podobno dzikimi przełęczami spowowały, że wzięliśmy namiot i trochę prowiantu. W Shivalai jesteśmy dopiero po drugiej, wypompowani do cna. Plecaki mają zdrowo ponad dwadzieścia kilogramów. Z nieba leje się żar. Zaczynamy się rozglądać za tragarzem. Bydlaki, chcą siedem dolarów za dzień i mają czas. W końcu, gdy zwątpieni opuszczamy wioskę, zaczepia nas jakiś cieć i chce trzy. OK.

18 października. (Z Shivalayi w górę na przełęcz Deorali 2705 i w dół do Bhandaru 2194.) Cieć znikł. Podobno poszedł do Jiri, tzn. w przeciwną stronę. Zdani na łaskę coś podejrzanie zbyt zadowolonych z obrotu rzeczy miejscowych musimy wziąć jakiegoś chłopaczka za cztery dolary. Na przełęczy Deorali chmurzasto. Olbrzymie i długie starożytne ściany mani porośnięte mchem, a naokoło stada świeżo wybudowanych lodge'y, czyli mówiąc po ludzku - gospód. Trek do Everestu zwany jest w anglojęzycznej literaturze fachowej "a typical tea-house trek". Rzeczywiście, miejsc na wypicie herbaty i nie tylko herbaty jest aż za dużo. Na przełęczy mieszkają już pierwsi buddyjscy Szerpowie, do tej pory spotykało się same hinduskie albo podobnie ukastowione ludy. Dają nam listy polecające do Bhandaru, gdzie podobno mają nam bezproblemowo znaleźć nowego portera.

Na dole za przełęczą w Bhandarze dowiadujemy się od prowadzącego hotelik młodego nauczyciela mnóstwo interesujących rzeczy o nepalskich szkołach. Nauczyciel zarabia maksymalnie 1500 Rs (30$) miesięcznie. Pewnie dlatego w kilku okolicznych wioskach nauczyciele są utrzymywani już od paru lat bezproblemowo przez jakiegoś anonimowego Niemca. Pewnie odpisuje sobie ich zarobki od deklaracji podatkowej. Uczniowie mają bardzo dużo wakacji wszelkiego rodzaju. Większość w porze największego natężenia robót w polu. Do szkoły chodzi się niezależnie od wieku, można na przykład najpierw założyć rodzinę a dopiero potem zrobić podstawówkę. Porterów, niestety, w sumie brak. Nauczyciel umywa ręce z pośrednictwa, mimo, że go B. na okrągło bierze to pod włos, to na litość. Żarcie marne. Mamusia nauczyciela gotuje zdecydowanie niedobrze. Szwedzi w rogu popijają piwo. Pogoda chmurzasto-wilgotna. Czorteny obrośnięte mchem i jakimś innym zielskiem. Ponuro.

19 października. (Z Bhandaru w dół do rzeki Likhu Khola i wzdłuż niej do Kenji 1634, skąd podejście do Sete 2575.) Rano po zażartej a klasycznej sesji targowania, gdy ja się już oficjalnie obrażam i zaczynam wpakowywać zawartość wora dla portera do plecaków, oficjalnie lekko "zrozpaczona" B. wynajmuje jednego z kandydatów, Anima Szerpę. Mamy za tragarza ojca dwojgu dzieciom i właściciela przydrożnej bhatti, tzn. ryżowni i noclegowni dla miejscowych porterów na szlaku. Jest to w sumie coś podobnego do parkingu na autostradzie dla kierowców ciężarówek. Przepłacamy - za 200 Rs (4$) i dwa dalbaty (tj. duże porcje ryżu z soczewicą) dziennie Anima ma taskać nasze 25 do 30kg do Namche Bazar. Ustalamy dzienne etapy, B. przykazuje mu się siebie trzymać i słuchać. Faktycznie, Anima trzymał się potem B. zgodnie z umową cały czas, nota bene, tylko B.

Zbiegamy, wreszcie, jakoś tak lekko na duszy i na ciele również, w dół do Likhu Khola. Nawet pogoda się poprawia, droga wzdłuż wypełnionej ryżowiskami doliny jakaś taka płaskata, dalbat w Kenji wyśmienity. Nawet obrzydliwie tysiącmetrowe podejście grzbietem Lamjura do Sete wykonujemy jakoś tak sprawniej i z ciekawością oglądamy omszałe rododendronowe lasy. Jak dobrze mieć portera!

Po drodze komiczna sytuacja. Jacyś ugrupowani Amerykanie pytają się swoich umundurowanych w firmowe T-shirty i adidasy przewodników Szerpów, jak jeszcze daleko do Sete. Ci się pytają naszego Animy. Anima się pyta mnie, bo ja mam przecież takie mądre mapy. Wyciągam, sprawdzam i mówię Animie, że godzinę, Anima mówi coś temu w T-shircie, a ten mówi Amerykanom, że jeszcze dwie. A ci się już dawno razem ze mną śmieją z naszych dzielnych przewodników.

Wieczorem w hoteliku na skraju rododendronowego lasu w zamglonym Sete jedna jedyna samotna Szerpanka przygotowuje wielodaniowe jedzenie dla piętnastu osób. W kuchennej izbie na poddaszu przeważają Izraelczycy, przemądrzałe chłopaki świeżo wypuszczone w świat po służbie wojskowej, z których chamskie wojskowe obyczaje, stres i nerwowość służby w Izraelu jeszcze nie wywietrzały. Ciągle spotykane przez nas na szlaku Szwedki (ich przygodni towarzysze pozostali z tyłu) szybko znikają spać, my też. A Czesi pewnie już daleko, daleko z przodu.

20 października. (Z Sete wchodzimy na Lamjura La 3530, skąd do Tragdobuku 2860 i Junbesi 2640.) Podchodzimy kolejne 1000 m pięknymi, ale niestety coraz bardziej przerzedzonymi lasami rododendronowymi w kierunku przełęczy Lamjura. Pierwsze zacne widoki na białe szczyty Ganesh Himal na północy, w oddali. Mijają nas karawany mułów w drodze do Namche. Konkurencja dla panujących dotąd na szlaku portersów. Po drodze towarzyszy nam ciągle łomot silników samolotowych - pogoda dobra, sezon turystyczny w pełni i chyba z tego powodu takie duże natężenie ruchu do Lukli. Tradycyjna i łatwa do znalezienia trasa lotu, a lata się tylko "optycznie", prowadzi właśnie ponad Lamjurą. Na przełęczy jesteśmy trochę już za późno, żeby pospoglądać w oczy pilotom albo spróbować chwycić koła nisko przelatujących samolotów. Chmury, jak każdego dnia, powoli w ciągu przedpołudnia napływające z południa, osiągnęły już naszą okolicę. Jest cicho i chmurnie. Flagi modlitewne lekko powiewają.

Po drugiej stronie przełęczy leży już czysto szerpański, buddyjski kraj Solu. Krajobraz iście beskidzko-kaszubski. Lasy świerkowo-sosnowe. Za Tragdobukiem drobny szok: na potężnym ustrojonym tybetańskimi inskrypcjami kamlocie oryginalny meteorologiczny czaszowy młynek do pomiaru prędkości wiatru napędza archaiczny młynek modlitewny! Coś dla tybetańskich meteorologów buddystów. Prędkość wiatru można wyrazić w jednostkach "om mani padme hum" na minutę. Schodzimy do Junbesi, dużej wioski w Solu ze wspaniałym widokiem na prawie siedmiotysięczną świętą górę Numbur (Shorong Yul Lha).

W dolinie ponad Junbesi znajduje się duży (450 mnichów) klasztor tybetańskiego buddyzmu w Thubten Chhuling vel Mopung, założony w późnych latach sześćdziesiątych przez uciekających z Tybetu lamów prowadzonych przez Tushi Rimpoche z klasztoru Rongbuk położonego bezpośrednio na północ od Everestu. Niestety, nie zwiedzamy. Do dziś nie mogę wybaczyć sobie tego przeoczenia.

W Junbesi, wiosce wybrukowanej płaskimi kamieniami, full civilisation: zajmujemy najlepszy pokój w najlepszym hotelu. Anima stwierdza krótko: "Ramro!" (wspaniale!). Wreszcie ciepły (hej!) prysznic. Pierwsze pranie. Ach, te treki w himalajskiej dziczy... Tylko telefonu brak. Przy stoliku obok jacyś urżnięci Tuborgiem (w cenie dniówki portera za pół litra) Niemcy grają w karty i dyskutują o zarobkach dentystów. Potem przerzucają się, ku dobrze ukrytemu niezadowoleniu gospodarza, na zdecydowanie tańszą rakshi. Gwałtownej obniżki ceny nie zauważają, chodzi w końcu o alkohol.

21 października. (Z Junbesi przez Solung 2953 w dol. Beni Khola 2650 i znów w górę przez Ringmo na Tragshindo La 3071. W dół przez klasztor Tragshindo 2931 do Manindingmy (Nuntali) 2194.) Wychodzimy za późno, jak się okazuje na grzbieciku ponad Junbesi: parada ośmiotysięczników właśnie się zakrywa za gęstniejącą warstwą chmur, bawiących się w zasłonkę-odsłonkę: ten czarny trójkąt to Everest? A może to Nuptse? A może jednak Cho Oyu? W przydrożnej gospodzie w Ringmo dowiadujemy się, że spotykane przez nas od czasu do czasu trzy Szwedki prowadziły razem w zeszłym roku schronisko pod najwyższym szczytem Szwecji - Kebnekajse w Laponii. To tłumaczy, przynajmniej częściowo, ich wyśmienitą kondycję. Następny argument dostarcza fakt, że zawsze jak je spotykamy, to coś jedzą.

Szlak dalej robi się strasznie szeroki, można swobodnie iść ramię w ramię z szanowną małżonką. Na przełęcz wchodzimy w tempie godnym pochwały. Dopiero na górze robi nam się głupio z naszego zadowolenia, gdy stawiamy nasze plecaki obok olbrzymich koszy tragarzy. Tuż poniżej przełęczy Trakshindo klasztor tej samej nazwy. Zwiedzamy go razem z dwójką Belgów, robiących trek metodą agencyjną: wynajęty już w Kathmandu Szerpa załatwia wszystko, od prowadzenia na trasie przez wynajmowanie portera (na dwa plecaki sahibów) aż po załatwianie noclegu i transportu. W końcu jest się na urlopie.

Schodzimy dalej na wschód dzikim mieszanym lasem, zamieszkałym przez stada małp. Okazuje się później, że nie tylko przez małpy. Wysforowana do przodu B. napotyka jakiegoś grubego węża. Towarzyszący nam od pewnego czasu a obyci z dziczą frankofońscy Kanadyjczycy z Quebecu usuwają gościa swoimi grubaśnymi kijaszkami z drogi. W Nuntali po raz pierwszy na noclegu gospodarze palą w piecu. Nasz tryb życia zmienił się już diametralnie na trekowy: idziemy spać z kurami, zaraz jak się zrobi ciemno, a wstajemy o świcie.

22 października. (Z Manindingmy vel Nuntali ostro w dół do mostu na Dudh Kosi 1500, skąd przez Jubing 1676 i Kharikholę 2072 do Bupsy 2300.) Na moście, w najniższym punkcie szlaku od momentu wyjścia z Jiri (ha, ha, po to się idzie tydzień przez trzytysięczne przełęcze!) spotykamy znajomą z Lamjury karawanę załadowanych towarem mułów w drodze do Namche. Zmieniamy wreszcie kierunek - przestajemy wreszcie przebijać się z zachodu na wschód w poprzek wysokich grzbietów i skręcamy doliną rzeki Dudh Kosi na północ. Jesteśmy już w kraju Khumbu. Następna wioska, Jubing to wyjątek w jednostajnie szerpańskim otoczeniu - tu mieszkają sobie Gurungowie. Kobiety noszą kółka w nosach. Dorodna marihuana po ogródkach. Jaskrawo pomarańczowe kwiaty przy domach. Ciepło i zielono.

W Kharikholi przed knajpą stawiam moje skarpetki przy butach, co wzbudza niezdrowe sensacje wśród mijających nas trekersów, połączone z robieniem mi zdjęć. Poczuwam narastającą sympatię do miejscowych, którzy nie bardzo rozumieją o co chodzi w tym całym poruszeniu. W końcu mamy siódmy dzień treku, to w końcu jak mają się te skarpety zachowywać. Toć to normalne, nieprawdaż?

W Bupsie, położonej wysoko na grzbiecie ponad Dudh Kosi, serwujemy sobie znowu prysznic. Szerpowie zapewniają, że palą kerosenem i mają oszczędne grzały do wody, tak że nasze ekologiczne sumienie się uspokaja. Od czasu pojawienia się ruchu turystycznego okoliczne lasy przerzedziły się do tego stopnia, że nadmierne zapotrzebowanie na przegotowaną wodę stało się obciążeniem środowiska numer dwa po spowodowanej prymitywnym rolnictwem erozji. Szwedki piorą wszystko, co mają. Po tygodniu? Muszą się dużo pocić, brudasy. Jacyś schodzący do Hille Nowozelandczycy opowiadają cuda o Gokyo. Decydujemy się ostatecznie: najpierw idziemy do Gokyo, a dopiero potem, jak się uda, do bazy pod Everestem i na Kala Pattar.

23 października. (Z Bupsy trawersujemy ponad Dudh Kosi, ale poniżej Khari La 3081, skąd dalej przez Puiyan 2800 i Chutok La 2945 do Surkhe 2339.) Wysoko ponad Dudh Kosi (Mleczną Rzeką), dobry kilometr w pionie ponad poziomem rzeki, w dorodnych lasach i urwistych stokach, upłynął nam cały dzień marszu. Z Chutok La pokazuje się nam w oddali na północy święty Khumbila, Szczyt-Bóg kraju Khumbu, położony bezpośrednio ponad Namche Bazar. Jak na dłoni widać też pas startowy w Lukli. Już jutro osiągniemy najruchliwsze fragmenty treku - połączymy się z głównym ciągiem turystów przylatujących samolotami. Lecąc tam i z powrotem skraca się trek o dwa tygodnie pieszej wędrówki w poprzek wysokich trzytysięcznych grzbietów z końca drogi w Jiri plus dwa pełne dni autobusem do Kathmandu. Hoteliszcza w Lukli żyjące z samolotowych turystów wyglądają z naszej leśnej głuszy ponad Surkhetem iście abstrakcyjnie.

W Sherpa Lodge'y w Surkhe, wiosce na małym plateau ponad szalejącą głęboko w dole Dudh Kosi, zadowolone dziewczyny, okazy zdrowia blond made in Sweden, wchłaniają właśnie trzecią porcję smażonych ziemniaków. A czego się spodziewać? Widać na tym przykładzie wyraźnie, że kraj się przerobił z ryżowego na ziemniaczany. Nasz porter, Anima, pomaga, w zamian za nocleg, w kuchni i po znajomości robi dla nas takie duże porcje, że aż dziewczyny nam zazdroszczą. Anima twierdzi, że pracował na jakimś polskim treku dookoła Annapurny jako kucharz. Polski trek z kucharzem? Niemożliwe... Chociaż te smażone ziemniaki takie jakieś swojskie...

24 października. (Z Surkhe trawersem pod lotniskiem w Lukli do Chaurikharki 2674, skąd przez Ghat 2492 do Phakdingmy 2652, gdzie mostem na drugą stronę Dudh Kosi. Dalej przez Rimishung 2813, Bemkar - most na drugą stronę rzeki - do Monjo 2835.) Chaurikharka to wioska, w której na pewno jest więcej ścian mani i chortenów niż domów. Powoduje to zapewne skalistość terenu, na którym leży. Niesamowicie dużo kamieni musie się wygrzebywać co roku z pól.

W środku wioski brama chortenowa z freskami wewnątrz o niespotykanej kolorystyce. Typowo tybetańsko - buddyjskie motywy, zazwyczaj w ostrych czerwieniach, granatach i żółciach, tym razem występują w pastelowym zielonym i niebieskim, w bieli i delikatnej żółci. Freski robią miłe i niecodzienne wrażenie. A może powód zastosowania takiej niecodziennej kolorystyki jest zupełnie prozaiczny - może malarz zapomniał po prostu czerwonej farby? Albo czerwień jest za droga?

Na końcu wioski dochodzimy do głównego szlaku z Lukli. Towarzystwo na ścieżce gęstnieje. Prawie wszyscy jacyś tacy czyści i pachnący. My natomiast robimy wrażenie weteranów. To tydzień robi aż taką różnicę? W Phakdingu przeżywamy szok cenowy. Wszystko to samo, co w dół od Lukli, jeno przemnożone razy dwa. A porcje maluteńkie... Właściciele lodge'y opowiadają bezczelnie, że wyżej jest jeszcze drożej - co za bzdura!. Karierę komercjalną wioska zapewne zawdzięcza swojemu położeniu w połowie drogi z Lukli do Namche, zaludnionej przez świeżych przybyszy nie obytych jeszcze cenowo, albo jakimś typowym nepalskim kumoterstwom, nakazującym przewodnikom grup zarządzanie pierwszego etapowego noclegu za Luklą właśnie tutaj. Idziemy dalej, co chwila zmieniając stronę rzeki po mostach w mniej lub bardziej satysfakcjonującym stanie technicznym. Wieczór zastaje nas w Monjo, gdzie w nocy jest po raz pierwszy naprawdę zimno. Przestaję się dziwić, dlaczego ci ludzie schodzący z góry są tak ciepło odziani.

25 października. (Za Monjo trzeba znów przejść na drugą stronę do Jorsale (Thumbug) 2805, żeby stąd przez dwa mosty u zbiegu Dudh i Bhote Kosi dotrzeć po ostrym podejściu do Namche Bazar 3440.) Tuż za Monjo brama wejściowa do parku narodowego Sagarmatha pilnowana przez armię (musi być to niezłe źródło dochodów!). Sprawdzają nasze glejty. Z fascynującym widokiem na boskiego Khumbilę tuż za bramą możemy iść dalej. Spadamy ostro w dół do mostu w Jorsale. Jacze karawany (od Lukli coraz więcej objuczonych głównie turystycznym sprzętem jaków) nie mogą przechodzić przez most i muszą wchodzić wysoko na stoki po lewej stronie Dudh Kosi. Nam wolno, więc tupiemy po kołyszącym się moście na drugą stronę rzeki. Całe szczęście, że na moście nie trzeba się mijać z jakami...

Za Jorsale znowu most, którego opłakany stan wyjaśnia, dlaczego nie puszcza się tędy jaków. B. po przejściu stwierdza przerażona, że w drodze powrotnej będzie musiała go znowu przejść. Po paruset metrach trzeci most, gdzie ślady ludzi i zwierząt znów się zbiegają. Most u wideł Dudh i Bhote Khosi, konkretnie przez Dudh Kosi, to najlepszy technicznie most wiszący jaki w życiu widziałem w Nepalu - efekt międzynarodowej pomocy ekonomicznej. Ruch niesamowity - wydaje nam się, że te wszystkie mosty, szerokie szlaki, jacze i konne karawany, wszelkiego autoramentu podróżnicy mówiący językami całego świata, świadczą o zbliżaniu się do jakiejś metropolii, jakiegoś centrum przyciągania, jakiegoś niezwykle ważnego miejsca... Co nas czeka po podejściu?

Część trzecia: WYSOCZYZNY

Because it is there.
(George Mallory)

25 października 1993 roku po południu docieramy do Namche Bazar. Namche Bazar to jest Szerpów stoleca. Armia, bank, policja, gompa (tj. klasztor), pas startowy, szkoła średnia, poczta (wysłaliśmy kartkę, dotarła z dumnym stemplem pocztowym "Namche Bazar, October"), i najważniejsze - cotygodniowy jarmark w sobotę. Znajduje się tu również muzeum parku narodowego. Poza tym jest prąd, oświetlenie a nawet ogrzewanie elektryczne, efekt austriackiej pomocy rozwojowej. Austriacy ostatnio się wkurzyli, bo wybudowali w prezencie nowoczesną, bezproblemowo działającą w dowolnie trudnych warunkach małą elektrownię wodną w środku beztransportowej dziczy, a z pełnej mocy nie ma kto korzystać z braku okablowania... Prąd ma praktycznie tylko Namche i to nie całe, mimo, że by wystarczyło dla całego Khumbu. Kable urzędnicy Królestwa Nepalu przewidzieli, a jakże, ale w ramach następnego programu austriackiej pomocy. Tyle, że Austriacy nic o tym nie wiedzieli. Ostatnio grube czarne kable z prywatnej inicjatywy "donasza się" z Jiri porterami-bliźniakami - jeden niesie w koszu pół zwoju a następny drugie pół, a pomiędzy nimi łączący ich kabel. Malownicze! Instalacja jednak ogranicza się do bogatych hoteli w Namche.

Zainstalowaliśmy się w Trekkers Inn w pokoiku koło jadalni z panoramicznym widokiem ponad ustrojonymi flagami modlitewnymi dachami na amfiteatralnie położone miasteczko oraz na górkę Kongde Ri po przeciwnej stronie doliny Bhote Kosi, Tybetańskiej Rzeki. We wiosce można nabyć drogą kupna lub wypożyczenia za opłatą praktycznie wszystko, jeśli chodzi o ekwipunek tyrystyczno-alpinistyczny. Fachowe poradnictwo wliczone w cenę. Wynająć przewodnika na dowolną górę też można, karawanę jaczą zorganizować też nie problem, rezerwować loty z Lukli, ba, do Bangkoku też, jak splunąć. Po ulicach snują się malownicze Tybetańce płci wszelakiej, mniej lub bardziej związane z przemytem z Chin. Gospód do wyboru i od koloru. Pamiątek można się obkupić do upojenia, upojnie drogich i jeszcze bardziej badziewiasto wykonanych niż w Kathmandu. Stolica, panie, stolica. Jest zimno. 3440 metrów robi swoje - zakładamy na siebie coraz więcej warstw przyodziewku. Szwedki pożyczają kurtki puchowe. Najmłodsza z nich nie chce - w górach Laponii nie nosiła, to dlaczego ma tutaj...

26 października. (Przepisowy dzień na aklimatyzację.) Po pożegnaniu z Animą (dostał Ci on od nas dutków, panie, oj dostał) idziemy z Namche na wycieczkę w dolinę Bhote Kosi aż po Thame, 3800. Wysokość po raz pierwszy dobitnie daje się nam we znaki. Wczoraj tylko jakaś drobna zadyszka na schodkach w Namche, dziś prawie pełna męczarnia wysokościowa na podejściach... B. nawet chce zawrócić. Jakoś jednak docieramy do wioseńki Thame, ostatniego miejsca w stronę Tybetu w dolinie Bhote Khosi, gdzie można dotrzeć z normalnym permitem. Stąd można się udać dalej na zachód przez lodowcową przełęcz Tashi Lapcha 5755 w Rolwaling Himal, lub, teoretycznie, na północ do Tybetu przez Nangpa La 5716. Ach zrobić by tak trek dookoła Everestu... Krajobraz już prawie w pełni wysokogórski. Do położonego powyżej Thame klasztoru jednak nam się już nie chce. W dół schodzi się wyśmienicie, ale najdrobniejsze podejście odzywa się znów zadyszką i ogólną niechęcią do jakiegokolwiek dalszego wysiłku. Śpi nam się jednak dobrze.

27 października. (Z Namche przez grzbiet 3883 do wioski Khumjung 3790, skąd wysokim trawersem przez Mon La 3973 do rzeki w Phortse Drangka 3500, skąd powoli do Dole 4040.) Po obowiązkowym dniu aklimatyzacji, pozostawiwszy za sobą depozyt z nieszczęsnym namiotem w Namche, tupiemy w góry. Spod chortenu ponad pasem startowym Syangboche po raz pierwszy widzimy wreszcie Everest, Lhotse i Ama Dablam w całej okazałości. Robi wrażenie.

Potem mijamy dużą wioskę Khumjung - chyba nawet większą od Namche. Męczymy się na zakurzonej ścieżce na podejściu prawie pod 4000 na Mon La, żeby wyharowane na podejściu metry stracić potem na szalenie stromym zejściu do mostu i położonego dalej check pointu w Phortse Drangka. Lasy malownicze, drzewa porośnięte powiewającymi mchami czy innymi porostami a co pewien czas szlak przebiegają jakieś zwierzątka, które kojarzymy z jelonkami z papierowych jednorupiówek. B. stwierdza, że rzeczywiście, zgodnie z romantycznym opisem w przewodniku, czuje się wśród tych omszałych drzew jak Alicja w krainie czarów. Wpływ wysokości? Podchodzimy już prawie w nocy do lodge'y w Dole. W nocy jest mroźnie, i to bardzo. Towarzystwo się nie myje.

28 października. (Żmudne podejście z Dole przez Lhabarmę 4432 i Luzę 4370 do Machhermo 4410.) Nic dodać, nic ująć. Na mapie jest to głupie parę kilometrów. Na miejsce dotarliśmy o pierwszej, ale mimo to nie poszliśmy dalej. W Luzie przed sympatyczną lodge'ą na słoneczku spędziliśmy chyba ze dwie godziny. Herbatka, potem druga, potoczek szumi... Nic się nam nie chce. W Machermo Kangtega i Tramserku pozostają długo jeszcze po zachodzie słońca różowiutko oświetlone. Ta natura jest wręcz kiczowata.

29 października. (Podejście z Machhermo przez Pangkhę 4480 do Gokyo 4750.) Kolejny krótki dzionek. Obserwujemy niesamowicie długie i potężne chorągwie śnieżne zwiewane z grani dominującego od północy nad całą okolicą rozlazłego masywu ośmiotysięcznego Cho Oyu. Okolica Gokyo jest tak klasycznie himalajsko prześliczna, że nie będę się silił na opisy. Wystarczy podać, że na południowym wschodzie sterczą sobie Cholatse, Tawoche, Kangtega i Tramserku. Cho Oyu i Gyachung Kang dominują na północy nad doliną wypełnioną olbrzymim lodowcem Ngozumpa. Żeby zobaczyć lodowiec, trzeba się wspiąć na wysoką i osypującą się morenę boczną. Ngozumpa jest olbrzymi, we wgłębieniach pofalowanej powierzchni szarozielone kałuże, całość sprawia wrażenie nieuporządkowanego lodowo-kamiennego chaosu walącego w dół doliny.

W Gokyo wyrosło parę hotelików nad brzegiem jednego z wielu jeziorek utworzonych przez morenę boczną lodowca. Z hoteli wyróżnia się w szczególności jeden posiadający genialną w swej prostocie instytucję. Mam tu na myśli szklarnię, w środku której można za dnia siedzieć w samym podkoszulku, gdy na zewnętrz zapina się szczelniej kurtkę puchową. B. nadrabia stracone kalorie i opycha się w szklarni wyśmienitym, grubaśnym czekoladowym naleśnikiem... Wysokość 4750.

30 października. (Wycieczka wzdłuż moreny lodowca Ngozumpa.) Wycieczka to zbyt energicznie powiedziane. Raczej snucie się po szarych i osypujących się stokach moreny bocznej. Po paru kilometrach, gdy osiągamy już zbieg lodowców Ngozumpa i Gyubanare, pokazuje się na wschodzie najpierw Pumo Ri, a potem Everest i Lhotse. Wyglądają z tej strony całkiem niecodziennie. Okolica obłędalna. Gdyby tylko więcej tlenu... Nad ostatnim jeziorkiem, na około 5000 m robimy sobie na maszynce herbatkę, rzut oka na Everest, podsmażamy mieloneczkę, oglądamy Cho Oyu, potem parzymy znów herbatkę. Nasze jeziorko to drugie jeziorko za Gokyo, Ngozumpa vel Gyazumpa Tsho. Polecam na biwaczki. Gdyby tylko woda była wolna od lodowcowego pyłu. Górek na średnioambitne wspinaczki do upojenia.

31 października. (Wejście na Gokyo Ri 5360 i zejście do Machhermo 4410.) Na szczycie Gokyo Ri, osiągalnym w żmudnym i nudnym podejściu w walce z własnym, potwornie silnym na tej wysokości "nie chce mi się", można spędzić długie godziny bez najmniejszych objawów znudzenia. Krótko mówiąc, panorama jest wyśmienita. Przewodniki podają szczegółowo, ile widać ośmio- a ile siedmiotysięczników. Podobne widoki można podziwiać z wielu innych "Ri" w górnej części Gokyo. Znawcy twierdzą, że podobno nawet smakowitsze.

Tego samego dnia mieliśmy zamiar przejść na drugą stronę lodowca Nguzumpa do Dragnagu 4690, skąd następnego dnia chcieliśmy się przedostać się przez śnieżną Chola La 5420 w dolinę lodowca Khumbu, tj. do stóp Everestu. Możliwości znalezienia ciepłego noclegu bezpośrednio po drugiej stronie przełęczy są znikome, stąd nasz pierwotny plan zakładał albo marsz do upadłego aż do Lobuche 4930 lub Dughli 4620, albo nocleg typu biwaczek pod gołym niebem na mrozie w jakichś rozwalonych szałasach w Dzonghli 4834 lub gdzieś nad jeziorem Tshola Tsho. Niestety, organizm B. miał już wcześniej dosyć naszych wysokogórskich zabaw i zaprotestował dołączeniem do wcześniejszego ostrego przeziębienia klasycznych objawów choroby wysokogórskiej. Stwierdziwszy, jakże szlachetnie, że przełęczy w górach jest od zarąbania a żona tylko jedna, zarządziłem odwrót jeneralny w niziny. B. oczywiście w kolejnym napadzie zadyszki kategorycznie zaprotestowała, co rozwiało moje ostatnie wątpliwości co do tego, że jest rzeczywiście chora.

1 listopada. (Szybkie zejście przez Dole do mostu pod Phortse. Podejście do Phortse 3840 i męczący trawers do Pangboche 3985.) Nasze trzydniowe podejście robimy w zejściu w parę godzin. Aż głupio. B. dzielnie się trzyma, ale po pierwszym podejściu za mostem w Phortse Thangka i przez całą położoną na stoku wiochę Phortse zaczyna tak marudzić, że zaczynam powoli wątpić w wyższość żon nad przełęczami. Poza tym w niemieckim przewodniku autor pisze, że trawers do Pangboche prowadzi niezwykle stromymi stokami i jest przeznaczony tylko dla ludzi, którzy są "schwindelfrei", tj. nie mają zawrotów głowy. B. twierdzi, że ma lęk wysokości, że do domu daleko (w sumie prawda) i że nie idzie dalej. Upojenie tlenem nizin, czy co? W końcu idący z naprzeciwka, budzący zaufanie Duńczycy meldują, że szlak wcale nie jest taki straszny i że do Pengboche wcale nie tak daleko - i przekonują B. co do dalszej drogi.

Z tymi zawrotami głowy to oczywiście bzdura, przepaścistość w normie. Natomiast sposób, w jaki poprowadzony został ten trawers, to naprawdę szwindel. Tak nieekonomicznych zygzaków po stokach ze świecą szukać. Całość spowodowana osuwiskiem, które zmiotło szlak poniżej - a na mapie pozostała pierwotna, płaskato wyglądająca wersja... W sumie szkoda, że nie zostaliśmy w Phortse - gospoda na słoneczku, dwie starsze gospodynie Szerpanki w tradycyjnych strojach gwarantowały dobrą kuchnię... W jadalni całkowicie pustej lodge'y w Pangboche, gdzie doterliśmy tuż przed zmrokiem, B. zasypia prawie bezproblemowo w towarzystwie stad myszy, a może i szczurów, tupiących w dobrze zorganizowanych grupach w poszukiwaniu jedzenia pomiędzy stołami.

2 listopada. (Podejście doliną Imja Khola przez Orsho do mostu na Lobuche Khola pod Tsurą 4190 do Dingboche 4330.) Jesteśmy znów na głównym szlaku z Namche pod Everest. Tłok jak na drodze do Morskiego Oka, tyle że południowa ściana Lhotse robi za Mięgusze. Wieje potężnie - podobno jesteśmy na linii "przewiewu" między Tybetem a Indiami. W Dingboche więcej dużych namiotów niż domów, postawionych na ogrodzonych rachitycznami murkami z kamieni poletkach. Większość to typowe grupy trekkingowe w stylu sahibowie i memsahibki, przewodnicy i zwykli Szerpowie oraz na dnie hierarchii jaki i tragarze. Społeczeństwo wieloklasowe w stylu kolonialnym. Przygnębiające.

3 listopada. (Podejście z Dingboche do Chhukhungu 4730.) Rezygnujemy zdecydowanie z podejścia do bazy pod Everestem. Z grzbietu prowadzącego do ruin gompy nad Dingboche naliczamy kilkadziesiąt jaków podążających w górę, w stronę Lobuche. Za duży tłok - mamy nadzieję, że w górnej części doliny Imje Khola pod południową ścianą Lhotse i prowadzącej do Island Peaku (Imja Tse, 6189) będzie luźniej. Nie za bardzo, okazuje się. Niestety. Wciąganie turystów po poręczówkach na Island Peak musi być prześwietnym biznesem dla Szerpów. W Chukhungu oprócz kilku grup szykujących się na Island Peak snuje się po kilku lodge'ach istna parada różnorodnych typów. Można pisać prace doktorskie z psychologii.

Przy najbardziej brzydkiej hoteliszczy zalega głaz z pretensjonalną tablicą, mającą służyć pamięci Jerzego Kukuczki plus trzech innych osób. Z boku głazu, gdzie nazwiska w brązie kute, obok Orła w później amatorsko dorobionych Koronie i Arcykatolickim Krzyżu, dzielni Licealiści ze Szkolnej Wyprawy Geograficznej ze Śląska popełnili jakąś - chyba w ramach prac ręcznych z materiałów z odzysku wykonaną - blachę aluminiową z nierówno wybitymi literami mającymi przekazać Potomności wiersz Tuwima (Boże, toż to Żyd obok Krzyża). Coś o pobladłych twarzach, lodzie i Wiecznym Śnie... Gdy się wspomni podejście Kukuczki do wszelkich pompatyczności, to całość robi tak przygnębiające wrażenie, że aż boli. Czy nie jest to aby perfidna zemsta Reinholda M., uknuta w ponurych murach jego południowotyrolskiego zamczyska, w celu nawet pośmiertnego zdyskredytowania głównego konkurenta? Na miejscu rodzin ofiar pseudopatriotycznych zapędów współrodaków zamówiłbym skrzynkę dynamitu. Portera z Jiri mogę sam opłacić.

4 listopada. (Wejście na Chhukhung Ri 5546.) B. w połowie drogi zapatrzyła się na Ama Dablam, a potem zamachała mi tylko z oddali na pożegnanie. Na skalistym szczycie powoli zebrało się pięć osób, Jean, przewodnik z Chamonix, nie ma nic lepszego nad haszysz w ramach aklimatyzacji, Peter z Bawarii, od którego B. dostała przepis na pizzę, w zamian za receptę na bigos, młoda para sympatycznych Austriaków w polskich kurtkach puchowych oraz autor. Moja czekolada -jeszcze z domu - spotkała się z wybuchem powszechnego entuzjazmu. Panorama, w przeciwieńswie do Gokyo Ri, Imja Tse i Kala Pattar, nie opisywana w przewodnikach, jest warta wysokościowych męczarni i walki z siłą woli. Znów mi się wypstrykał cały film. Wieczorem B. zakłada po raz pierwszy i jedyny na całym treku kurtkę puchową. Nasza chałupa jest trochę za przewiewna. Beata prowadzi dysputę z Peterem o Niemcach, a ja uciekam, nie wiem czy przed zimnem, czy przed tematem, do śpiwora. Czuję się tak jakoś dziwacznie i niepewnie. Potem uzmysławiam sobie o co chodzi. Jutro zawracamy na południe. Nieuchronnie zaczynamy powrót.

5 listopada. (Zbiegamy z Chhukungu przez Dingboche i Pangboche do mostu na Imje Khola pod Mingo 3820 i podchodzimy do klasztoru Thyangboche 3867.) W dół. Schodzi się tak szybko, że aż się głupio robi. Pierwsze podejście dopiero tuż przed klasztorem. Klasztor Thyangboche spłonął parę lat temu i został odbudowany w efekcie wspólnych, przepięknie solidarnych, szerpańsko - międzynarodowych wysiłków, które zaowocowały pełnym sukcesem. Jest co oglądać. Sztuka tybetańskiego buddyzmu przetrwała chińską rewolucję kulturalną - nowy klasztor dorównuje poprzedniej budowli, jeśli jej nie prześciga. Całość, biorąc pod uwagę nepalskie możliwości i trwającą odbudowę, robi wrażenie. Philips zafundował superoszczędne elektryczne oświetlenie - możliwość ewentualnego ponownego pożaru redukuje się prawie do zera.

6 listopada. (Z klasztoru w dół do mostu na Imja w Phunki 3250, skąd trawesem przez Sanasę do Namche Bazar.) W Sanasie znów atakuje nas tłum handlarzy pamiątek. Namche musi być już blisko! W tym samym, co poprzednio Trekkers Inn urządzamy mycie - temperatura wydaje się nam na to znów stosowna. Ostatnie porządne mycie było w Bupsie, o rany, kiedy to było... Snujemy się po Namche - większość trekersów już schodzi na południe, coraz mniej wybiera się do góry.

7 listopada. (Objuczeni schodzimy w dół doliny Dudh Kosi przez Jorsale, Phakding i Ghat do Kusum Khola 2550.) Pakujemy całe nasze zbędne i niezbędne dobro do plecaków. Obydwoje mamy dobrze ponad 20kg. Tlenu jest jednak tyle, że bezproblemowo szturmujemy drobne podejścia po drodze. Całe szczęście, że plecaki ciężkie, i trzeba uważać, jak się stąpa, a nie dumać o niebieskich migdałach, bo gdzieś w podświadomości zaczyna kiełkować i coraz to częściej przebijać się na powierzchnię ten ohydny natłok rzeczy do zrobienia w domu, w pracy, po urlopie...

Wieczorem w hoteliku w Kusum Khola siedzimy razem z dwoma mniszkami z Tybetu podążającymi do Dalaj Lamy w Dharamsali. Mniszki zachwycają się prędkością, z jaką B. wypełnia strony notatnika. Częstują nas tybetańską herbatą z jaczym masłem. B. się wzdraga, ja popijam, mniszki dolewają chińskim obyczajem ciągle do pełna. Sraczka murowana. Jakby po myśli rewanżujemy się expresową herbatką miętową i rumiankową... Później pojawia się zluzowane z okazji newarskich świąt Nowego Roku 1114 wojsko z placówki pilnującej w Thame szlaku do Tybetu. Rakshi popijane gorącą wodą leje się strumieniami, aż gospodarz zaczyna się niepokoić. Mniszki cichną. Wojskowi świętują dalekie święta rządu w Kathmandu.

8 listopada. (Podchodzimy do Lukli 2850, na pas startowy.) Boomtown Lukla, wyrosłe obok krótkiego, kamienistego pasa startowego na stoku. Życie w rytmie przylotów i odlotów. Głowne źródło utrzymania to upychanie turystów w samolotach, przenocowywanie i karmienie przylatująjcych i odlatujących. Atmosfera nerwowa. Mgła w Kathmandu uniemożliwia starty do dziesiątej a już o trzynastej chmury w Lukli gęstnieją. Piloci latają "na czuja" - łączność czysto optyczna. Chętnych do odlotu masę, a loty z powodu pogody nieodwołalnie wypadają. Niedoszłych pasażerów, nawet z superważnymi rezerwacjami, dopisuje się na koniec listy oczekujących, z której to zabiera się już tylko dodatkowymi lotami ekstra, poza normalnym rozkładem. Odstęp między zelżeniem mgły w Kathmandu a nadejściem chmur w Lukli w listopadzie ciągle maleje, a kolejka chętnych rośnie. Korupcja kwitnie. Biorąc pod uwagę różnicę między ceną biletu turystyczną a nepalską, trudno się dziwić kwitnącym spekulacjom. Jednak żadne pieniądze na świecie nie są w stanie zmusić mgły w dolinie Kathmandu, jak i chmur w dolinie Dudh Kosi, do zmiany swoich obyczajów. Podobno w zeszłym roku loty wypadły w całym listopadzie.

9 listopada. (Nie wylatujemy z Lukli.) Odkrywamy raptem znaczenie dołączonej w biurze Royal Nepal Airlines w Kathmandu albo w Lukli literki "A" do numeru naszego lotu. Bilet zakupiony jeszcze we Frankfurcie, nie ma żadnych niepokojących dodatków. "A" - jest to druga tura lotów. Nasz samolot musi wykonać lot o naszym numerze najpierw z kimś innym, a dopiero potem przylecieć po raz drugi po pasażerów z listy o tym samym numerze, jeno z literką "A". Nasze złe przeczucia się potwierdzają. Nasz samolot w drugiej turze wystartował z Kathmandu, pokołował trochę w chmurach na południe od Lukli, po prostu nie znalazł lotniska i zawrócił do Kathmandu. A nasze karty pokładowe wracają w ręce "panów życia i śmierci" na lotnisku. Po raz pierwszy od trzech tygodni funduję sobie piwo, a potem następne. Wraca stres? Wraca codzienność? Już tutaj mnie dopadła, już w Lukli? Udziela mi się powszechne zdenerwowanie. Śpimy w hoteliku z widokiem na pas startowy... Pieszo nie mamy szans dotrzeć do Jiri tak szybko, żeby zdążyć na lot 15 listopada z Kathmandu do domu. "Maybe fly tomorrow..." Mieszkający w pokoju obok nas lama odmawia ponadczasowe mantry. Gdzie my się właściwie tak spieszymy? Om mani padme hum...

10 listopada. (Wylatujemy z Lukli.) Wieczorne luklańskie smarowanie daje skutki. Pierwszym samolotem wylatują ludzie, którzy wczoraj w ogóle nie mieli biletów. Mimo teoretycznego obowiązku sprawdzania paszportów, czy leci Nepalczyk, czy cudzoziemiec, machloja z zimną krwią zostaje przyjęta przez urzędników RNAC. W kolejce do odlotu stoją sami cudzoziemcy a na liście pasażerów wszyscy mają na nazwisko "Sherpa". Mamy szansę załapać się na końcu drugiej lub trzeciej tury lotów, jeśli chmury nie będą szybsze. Marzę o ciężkim karabinie maszynowym. Idę do naszego pokoju po nasze plecaki, żeby je twardo i zdecydowanie wynieść na lotnisko. Dzisiaj musimy polecieć, i już. Po drodze mijam pokój lamy, zaglądam przez półprzymknięte drzwi. Mnich uśmiecha się do mnie znad kart tybetańskiej książki o wolności ducha. Do mnie, niewolnika rozkładu lotów.

Nagle staje się cud. Drugim samolotem z Kathmandu przylatuje jakiś smutny pan w garniturze i z teczką. Raptem zaczyna wszystko funkcjonować jak należy. Kierownik biura RNAC ugania się osobiście po zakurzonym polu startowym. Gęsty tłum przed ladą wyciągający jeden przez drugiego przed siebie pęczki lewych biletów w kierunku Pana Sytuacji daje się raptem ustawić w... kolejkę. Pasażerów załatwia się według listy! Dostajemy oficjalne i rzeczywiście ważne boarding pass-y. To nic, że mój plecak ładują do innego samolotu - mamy odlecieć z Lukli.

Odlecieć z Lukli! Nie znoszę tej obrzydliwej wioski wokół pasa startowego. Lukla uzmysławia w najbardziej brutalny sposób, jak bardzo sztuczne i ulotne jest szczęście swobodnego wędrowania z plecakiem. Lukla zmusza do gwałtownego uruchomienia łokci, i to w celu, który jest zupełnie przeciwny naturze: robi się wspaniały trek, aby na jego końcu dotrzeć do miejsca, gdzie się trzeba umęczyć i naganiać dokładnie po to, aby się wydostać, tak, wydostać ze wspaniałych gór w szarzyznę miejskiego życia. Przedsionek piekła. W takim miejscu nie powinno się kończyć treku. Wszędzie, tylko nie tu.

Samolot ustawia się na końcu kamienistego pasa. Silniki zaczynają wyć na najwyższych obrotach, maszyna wpada w jakieś dziwaczne drgania, ale zaciśnięte hamulce nie pozwalają na ruszenie z miejsca. W pewnym momencie, gdy na zewnątrz tumany pyłu zasłaniają już wszystko, pilot popuszcza hamulce. Na końcu pasa startowego samolot wpada w pustkę doliny Dudh Kosi i natychmiast wykonuje zwrot, żeby nie wbić się w przeciwległy stok. Lecimy! Nad Tragdobukiem, nad Junbesi, nad Lamjurą i Jiri, nad doliną Sun Kosi i Bhaktapurem. Dystans jednego dnia autobusem i ponad tygodnia pieszo pokonujemy w pół godziny.